Szukaj
Znalazłem 136 takich materiałów
Po pewnym czasie, gdy samodzielne wydobywanie torfu na małą skalę przestało być opłacalne, Åke postanowił zająć się innym rodzajem działalności zarobkowej: zaczął skupywać zużyte samochody. W powojennej Szwecji samochód zaczął być dostępny dla szeregowego obywatela i liczba aut (a tym samym i pojazdów złomowanych) zaczęła rosnąć.
Gwoli kronikarskiej rzetelności nadmienić należy, że sprawca całego zamieszania dbał o wszelkie normy ekologiczne: paliwo i inne samochodowe ciecze były zbierane i wysyłane do profesjonalnej utylizacji, a wszystkie części, z których kierowcy mogli mieć pożytek, wystawiane były na sprzedaż w samodzielnie postawionym domku o powierzchni ok. 12 metrów kwadratowych. A to, czego nie dało się sprzedać, zostawało na działce.
I tak pewnie dożyłby Åke swych dni w spokoju, gdyby nie media, które w połowie lat 90-tych spopularyzowały złomowisko. Dotychczas znane tylko tubylcom miejsce stało się czymś w rodzaju atrakcji turystycznej okolicy. Wtedy to urzędnicy gminni, zapewne bojąc się oskarżeń, zdecydowali, że trzeba uprzątnąć teren. Kosztami akcji planowano obarczyć sędziwego już Åke. Nasz bohater nie dość, że nie posiadał wystarczających środków, to jeszcze mieszkał wtedy już w domu pogodnej starości.
Lecz od czego jest duch społecznictwa? Grupie zapaleńców udało się przekonać gminę oraz lokalne muzeum, że złomowisko jest miejscem cennym z kulturowego punktu widzenia. I trudno odmówić osobom zaangażowanym racji: na terenie byłej działki Åkego znajduje się ok. 150 wraków samochodów, z których większość pochodzi z lat 40-tych i 50-tych XX wieku. Codziennie miejsce odwiedzanie jest przez średnio 200 osób. Jak na złomowisko – wynik imponujący. Sam bohater zaś na jesieni 2000 roku opuścił ten padół łez.
Jak informuje portal Lublin112.pl, na torze pojawiły się już wywrotki z piachem, który posłuży do zasypania toru. Informacja o likwidacji toru pojawiła się w 2012 roku. Wtedy to władze miasta ogłosiły przetarg na zakup działki, na której jest usytuowany tor w Lublinie. Cena wywoławcza wynosiła nieco ponad 10 milionów złotych.
Oficjalnym powodem pozbycia się toru był nadmierny hałas (skądś to znamy), na który skarżyli się mieszkańcy okolicznych bloków. Zapewne do momentu wprowadzenia się nie mieli pojęcia, do czego służy tor kartingowy tak samo, jak mieszkańcy okolic toru „Poznań” pewnie w życiu nie spodziewaliby się, że ktoś może chcieć na nim trenować albo organizować wyścigi.
Niestety inicjatywa Ratujmy Tor Lublin nie była w stanie uratować obiektu. Władze z kolei zapewniały, że mógłby powstać obiekt zastępczy, który miał być ulokowany na terenie byłego wysypiska śmieci w gminie Spiczyn, ale skończyło się na zapewnieniach. Na początku tego roku okazało się jednak, że motocykliści i kierowcy samochodów będą mogli jeszcze w tym sezonie korzystać z toru.
Nie spodobało się to mieszkańcom, którzy między innymi rozrzucili gwoździe na torze podczas Motocyklowego Pucharu Lubelszczyzny, który był organizowany we wrześniu. Podobno nie była to pierwsza tego typu sytuacja. Zabrzmi to trochę jak tekst z „Faktu”, ale niech później żaden z tych mieszkańców nie zdziwi się, jeśli straci domownika w wyniku wypadku spowodowanego przez samochód czy motocykl jadący z nadmierną prędkością. Jakkolwiek pozytywnymi osobami by nie byli jeżdżący na torze, to oczywistym jest, że jeśli człowiek nie ma miejsca żeby poszaleć, to szaleje na ulicy. Nie pomogło nawet to, że na torze szkolili się między innymi funkcjonariusze Policji.
Dziwne jest też to, że nikt nie dostrzegł w torze możliwości zarobku. Mieszkańcy mogliby wynajmować pokoje przyjezdnym, miasto mogłoby organizować różnego rodzaju imprezy, a zyski zasilałyby kasę Lublina i przy okazji może tor by na siebie zarobił zwłaszcza, że nie ma na nim infrastruktury, której utrzymanie kosztowałoby krocie. Niestety łatwiej jest teren sprzedać i zbudować kolejny hipermarket lub bloki. Również PZM nie próbował stanąć w obronie obiektu.
Żeby jednak nie wprowadzać grobowej atmosfery, to jest również pozytywna informacja. Z obiektu będzie można korzystać do końca marca 2014 roku."
-motogen.pl
Wczoraj (17.11.13) po południu do dyżurnego włocławskiej komendy wpłynęła telefoniczna informacja, z której wynikało, że stojące na parkingu nietypowe auto może być kradzione. Policjanci potwierdzili tę informację.
Na jednym z parkingów na Osiedlu Południe policjanci ujawnili zaparkowanego bentley’a. Po sprawdzeniu okazało się, że samochód ten jest najprawdopodobniej jednym z pięciu skradzionych z salonu w Berlinie.
Przypomnijmy: do kradzieży pięciu pojazdów m-ki Bentley doszło kilka dni temu, w nocy z 7/8 listopada, w jednym z salonów na terenie Berlina.
Z ustaleń niemieckich mundurowych wynikało, że luksusowe auta, każdy z nich warty 250 tys. EURO, mogły wjechać na teren Polski.
Informacja ta natychmiast została przekazana do jednostek policji przez funkcjonariuszy Polsko-Niemieckiego Centrum Współpracy Służb Granicznych, Policyjnych i Celnych w Świecku. Doskonała polsko-niemiecka współpraca dała błyskawiczne efekty.